niedziela, 21 lipca 2013

Inwersje, odrzucenia

Gondole tak sennie obijają się o mury. Stukot moczonego morzem, suszonego słońcem drewna i najświetniejszego kamienia sprzed setek lat piaszczystych okolic nie da się pomylić z dowolnym innym dźwiękiem. Swą niepowtarzalnością rozdziera zasłony przeszłości, rozświetla mroki umysłu, zdrapuje sadzę z serca by przypomnieć, uspokoić, zahipnotyzować swym subiektywnie odczuwanym znaczeniem. Czy żył ktoś starszy, niż owe gondole? Czy pamiętał ktoś brak rozkołysanego stukotu? Drewno tak stare, tak twarde jak kamień, tak stare jak miasto, tak twarde jak jego fundamenty. Odpowiedź jest przecząca.
Czy zatem były tu od zawsze? Czy to miasto trwa od zawsze? Wszak czas dla zdarzeń upływać tylko raczy. Stukot jest pierwszy, dwudziesty, setny, tysięczny, aż nikt nie pamięta który. Stukot jest wieczny, jest bez czasu. Zatem i obiekty, co stukoczą, od zawsze istnieć winny. Zawarte w repetycjach dźwięku unikalnego tak wieczne są gondola i miasto, jak niepoliczalne ilości stuków wykonanych. 

Schowane między repetycje urozmaicenie, świadome trwanie o setki lat zbyt długie, rozchyliło powieki. Gondole wciąż tak sennie obijają się o mury. Maźnięte białą farbą na niebie mewy zaklinają rzeczywistość swymi okrzykami, aby tylko nie zdecydowała się zaniechać ich istnienia. Bezkształtny błękit, siedlisko tysięcy nieodkrytych, zapomnianych krain, chlupocze powolnym, cierpliwym uporem, który podobno pochłonie kiedyś najtrwalsze nawet konstrukcje. Podmuchy eteru, niewidzialnej, bezwonnej substancji, o której krążą legendy, oblepiały każdy fragment bytu, ze szczególnym upodobaniem mordując spokój różowych, długich elementów dumy każdej damy, składników obowiązkowej piękności.
Bezwładna forma, kondensacja zgaszonego witalizmu, z wolna powracała do ruchliwego rynku miasta, zwanego świadomość. Słońce niemiłosiernie prażyło przyciężką zbroję, wytwarzając między nią a ciałem klimat, w którym, jeśli by minęło odpowiednio wiele czasu, powstałyby i upadły całe cywilizacje. Ile godzin minęło? Ile dni minęło? Czy świat nadal istnieje?
Aiyunell spróbowała przekonać samą siebie, że ma po co podnieść się, że naprawdę powinna. Stara, drewniana gondola, kiedyś cały jej świat, więziła, przygniatała błogą pamięcią o czasie, który minął. Kiedyś nie było zmartwień, kiedyś nie było potrzeb. Kiedyś nie było czasu, kiedyś nie było świata. Kiedyś, dawno temu, w innym życiu, wysuszone drewno, senne obijanie, zaklinające okrzyki, bezkształtny błękit, legendarny eter były wszystkim, co znała. Kiedyś nie potrafiłaby pomyśleć nawet, że zdoła tu powrócić, a jednocześnie być dalej od tego miejsca, niż kiedykolwiek przedtem.
Zacisnęła prawą dłoń. Rękojeść wciąż tam była. Możliwości wciąż istniały. Cel, choć rozmyty, nadal obłudnie majaczył na horyzoncie. Życie, o setki lat zbyt długie, niezmiennie trwało. Jedynie przejmujący odgłos ścieżki powrotnej, pożeranej przez wszechpotężne monstrum, przez niepowstrzymane trwanie, popędzał, pobudzał, odrzucał od sugestii nawet wolnej woli, roztaczał inwersję naturalnej kolei rzeczy, zamiast z niebytu w byt dążyć, od szczęścia ku śmierci porywał.