Nie bardzo lubiła
Florańskie okolice. Za dużo tam pól, łąk i ogrodów, niewiele za to
drzew, skał i budynków. Jak żyć tak można na otwartej przestrzeni, bez
osłony żadnej czy schronienia chociażby?
Aiyunell uporczywie trzymała się okolicy tego czegoś, co łaskawie można
nazwać rynkiem otoczonym tym czymś, co z braku alternatyw określano
budowlami. Nie miała wyjścia właściwie i musiała tu przybyć. Zlecenie to
zlecenie, a dobrych klientów na tym świecie coraz to mniej się być
zdaje.
Spośród wielu swoich zawodowych spostrzeżeń poczyniła jedno, które
wyjątkowo ciekawym się wydało. Ludzie im bardziej oddani są jakiemuś
zajęciu, które w finale ma im przynieść dochód, tym bardziej nie mają
czasu na inne cokolwiek. Chętnie więc zużyją zdobywany właśnie (lub
ostatnio zdobyty) pieniądz na wynajęcie kogoś do tych prac przeróżnych, na
które wolnych chwil im nie starcza. Fascynujące to błędne i sensu
pozbawione koło toczyło się bez ustanku, a dla kogoś takiego jak
Aiyunell wykrzykiwało jeszcze słowami 'łatwy zarobek!'.
Tacy właśnie byli mieszkańcy Floran, choć efekt wspomniany na ludziach
najmocniej zaobserwować się daje. Elfy przecież mają aż za wiele
przeklętego czasu. Takiego na wszystko.
Tak więc na ludziach z Floran
dało się i prosto i szybko wcale znacznie wzbogacić.
Aiyunell zatem cumowała łódki, co uciekły zbytnio od brzegu. Ratowała
przeróżne stworzonka, co z właściwą sobie tendencją właziły gdzie nie
trzeba (zazwyczaj na drzewa) i rozpaczały potem same do powrotu
niezdolne. Odchwaszczała ogrody i orała pola. Zrywała owoce i rąbała
drewno. Dawała lokalnym ochotnikom-na-strażników rady, urządzając też
często pokazy praktycznego wypleniania okolicznych namolnych
maszkaronów. Zupełnie pracowicie spędziła pobyt we Floran. Wcale
przyjemnie pobrzękiwało w torbie kilka dodatkowych setek niewielkich
monet.
Wreszcie wracać już miała. Za dwa dni targowisko Diońskie, a takiego
wydarzenia naprawdę nie wypada przegapić. No i może by coś zjadła...
Wzrok jej przykuło kilka prostych drewnianych skrzynek wprost na ziemi
ustawionych, a pełnych ładnych i krągłych lokalnych odmian jabłek.
Siedzący tuż obok wieśniak wyraźnie skuteczniejszy był w nocnych
zabawach niż w handlu owocami. A że zbliżało się parne, właściwe porze
suchej popołudnie, drzemał w najlepsze losy swoje i towaru losowi
oddając. Dla Ai była to ofiara idealna.
Lubiła potrenować sobie czasami. Nie powinna wychodzić z wprawy. W końcu nie zajmuje się w życiu tylko pól oraniem.
Wyłuskała z torby cztery monety - równowartość dwóch skrzyń pełnych
najdorodniejszych okazów. Jeśli się jej uda będzie to wieśniaka
szczęśliwy dzień. Jeśli się jej uda zaliczy w końcu czwarty stopień
trudności (bo im monet więcej tym bardziej brzęczeć będą i tym trudniej
bezgłośnymi idzie je uczynić).
Ruszyła dalej niemal swobodnym krokiem, starając się nie wytwarzać
najdrobniejszego choćby szmeru. Zatrzymała się ćwierć kroku od śpiącego,
nachyliła powoli i zwinnym chwytem porwała dwa upatrzone jabłka ze
skrzynki na wierzchu. Teraz była część trudniejsza. Ściśnięte ze sobą
stalowe blaszki wsunęła człowiekowi na rozwartą dłoń i, wstrzymując
oddech, rozsunęła nieco, by pewniej leżały. Pewna zwycięstwa
wyprostowała się z wolna i już odejść miała...
- Chchcrrchrchnmffnomoccoo...? -
usłyszała tuż przed tym, jak metaliczny brzęk oznajmił klęskę, a
ćwierćprzytomny wieśniak wbił w nią swój natarczywy wzrok. Cóż... chyba
nie ma innego wyjścia.
Płynnym ruchem odsunęła z twarzy chustę i posłała mu szeroki, szalony
uśmiech, jakże skutecznie dopełniony po lewej stronie efektem
specjalnym. - Kazano mi Cię zabić.
- wycedziła głosem ociekającym chorą rozkoszą i... już biedaka nie było.
Musiała chyba dość dobrze wypaść w roli pijackiej mary, bo, jak się
zdaje, biegł nawet szybciej niż ona potrafi.
Cóż. Zgarnęła z ziemi pechowe monety, jedno z jabłek wpakowała do torby, a drugim postanowiła najeść się aż do jutra.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz