Gałęzie tych przeklętych
krzewów zdradzały wyraźne oznaki braku dobrego wychowania. Właziły pod spódnicę i trącały w siedzenie z podziwu godną determinacją.
Dopasowałaby może strój do warunków, w których przyszło jej pracować
gdyby nie pośpiech. Ten z kolei koniecznym nie był zapewne, ale w grę
okazała się wchodzić wcale pokaźna liczba adeńskiej produkcji monet.
Tak. Wszystko to dla pieniędzy i przez pieniądze.
Tkwiła zatem dokładnie
schowana wśród krzewów okalających niewysoki budynek tkwiący dzielnie
wśród murów stolicy. Czekała ją odrobinę niebezpieczna sprawa - wszak na
litość cesarskiej gwardii, szczególnie tutaj, liczyć nie mogła. Ci
puszkogłowi mieli kłopot z przejściem do porządku dziennego nad
najprostszą nawet kradzieżą. A gdyby doszło do zabójstwa? O nie, litości
nie będzie. Ciekawe tylko, czy cesarz zaakceptował istnienie samosądów w
działaniach gwardii...
Ależ nie. Cesarz przecież był tym, który podarował gwardzistom oszałamiająco długą listę uprawnień.
Doczekała się wreszcie pełni nocnej pory, a z nią wraz ciekawego
zjawiska. Stanął sobie tuż obok jej krzewów chłopak przystojny na tyle, by w
ciemnościach nawet zauważyć się to dało. Zaświstał, zagwizdał, ubraniami
poszeleścił - aż tu wyżej nieco, nad gzymsami kilkoma, na balkoniku
niewielkim robłysło światło, a z nim wraz niepospolitej urody elfiątko w mroki nocy wyjrzało.
Ai nie czekała na oczywisty dalszy tok wydarzeń. Bezszelestnie niemal
wyplątała się z czepiadeł. Lewa dłoń zamknęła usta chłopakowi, druga
ostrzem sztyletu po gardle jego przesunęła. Drżące z zaskoczenia nad
nagłą zmianą bytu w niebyt ciało zostało odepchnięte na bok, w cień, pod
ścianę. A wszystko to tak, by panienka z balkoniku zauważyć nie
zdołała. Do czasu, gdyż następnym co Aiyunell zrobiła był skok na gzyms
najniższy, chwila nietrudnej wspinaczki, wreszcie zręczne umieszczenie
siebie tuż obok dziewczęcia. Zakrwawiony wciąż sztylet umieściła na
kamiennej poręczy.
- Twój ojciec daje ci go na pamiątkę i przestrogę przed próbami złamania jego woli. A teraz...
- Nie kochałam go. - blondwłosa,
niebanalnej urody elfka kontrastowała pięknem oblicza z pustką swych oczu i brakiem
emocji w głosie. Ai, niespecjalnie zainteresowana tutejszymi
perypetiami sercowymi, przystanęła z grzeczności. - Ale jestem gotowa na wszystko, byle tylko uciec z tego domu. Pomożesz mi?
Okropne pytanie. Potencjalnych kwot pieniędzy wymieniać nie ma po co
nawet, bo i ślepiec by zauważył, iż dziewczę własnych funduszy nie
posiada. Na kosztowne biżuterie była jakaś szansa, ale to z kolei nie
tak łatwo na adeny potem rozmienić. Może sukienki jakie na walutę by się nadały...?
- Dlaczego ja właśnie? - odopwiedziała pytaniem, nie mając lepszego pomysłu.
Elfka uniosła ściskaną w dłoni parafinową lampkę w górę.
- Masz oczy podobne do moich. Takie smutne.
Aiyunell zmroziło na chwilę krótką, ale zaraz potem odwróciła się i przełożyła nogi przez poręcz.
- Ktoś z takimi oczami nie potrafi pomóc sobie. Trudno się spodziewać by pomóc komuś potrafił.
- powiedziała zmęczonym głosem i zeskoczyła. Świeżo zarobione adeny (płatne z góry!)
brzęknęły w torbie gdy lądowała. Miała jednak zbyt popsuty humor na zachwycanie
się ich obecnością. Zniknęła pospiesznie w najbliższym cieniu -
byle dalej od tego miejsca, od gwardii, od arystokratów trzymających pod kluczem
swoje córki, od kolejnego do kolekcji zabójstwa za pieniądze...
Zupełnie jakby od zasłyszanych słów dało się uciec.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz