W porannym wietrze płomyk świecy ani grzał, ani oświetlał. Nie miał możliwości wygrać z wszechogarniającym światłem słonecznym, a wiosenne podmuchy niosły ze sobą więcej znacznie ciepła. Stawał do nierównej walki drgając od strachu, gnąc się pod potęgą przeciwności.
Mimo wszystko jednak nie ustępował.
Spóźniona! Panienka Amireia spóźniona - na apel, na śniadanie, na obchód! To się jeszcze nigdy dotąd nie zdarzyło. Szmatek biegł co sił w nogach. Kapitan Straży bardzo dosadnymi kopniakami wyraził swoje niezadowolenie z całej sytuacji. Bezczelną dziewczynę należało obudzić - bo zaspała najpewniej - powiadomić o czekających karach i wysłać na patrol. Obowiązki takie naturalnie spadały na służbę. Szmatek był tym bardzo zamartwiony, bo i burę dostał za nie swoje czyny, i biegać musiał po budynku niczym pies myśliwski. Co to się panience stało, że tyle problemu sprawia...
Zdyszany wielce wyhamował przed właściwymi drzwiami, postukał trzy razy, poczekał. Cisza. Nikt nie raczył odpowiedzieć. Śpi dziewczyna może? Jeśli tak, to niezły ma tupet. Postukał dalej raz i drugi. Wreszcie odwagi nabrał wraz z solidniejszą porcją powietrza, klamkę złapał i wkroczył do pokoju.
Oż na złote zęby wujka Kerholda! Pusto!
Panienki Amirei nigdzie się dojrzeć nie dało - w przeciwieństwie do jej pełnego wyposażenia, które tkwiło pieczołowicie poukładane na łóżku. Brakowało jedynie przedmiotów osobistych - no i ich właścicielki oczywiście. Samotna, zapalona wciąż świeca ozdabiała stolik tuż przy otwartym szeroko oknie. Gdy Szmatek podszedł bliżej ukazała mu się rozłożona, pergaminowa karta z oficjalnymi oznaczeniami Gwardii Cesarskiej. Szczęściem nauczony został Szmatek czytać, oczy więc jego bezwiednie podążyły za tekstem.
"Niniejszym dokumentem wspomożona zrzekam się oto praw i przywilejów danych mi przez Cesarza dla służby w Gwardii oraz innych oddziałach zbrojnych zamieszkujących Aden. Uprawniona paragrafem dwudziestym trzecim prawa oficerskiego rezygnuję ze służby wraz z nałożonymi na nią obowiązkami i zobowiązaniami. Jednocześnie deklaruję zgodę na wieczny zakaz wstępu za mury Aden oraz, w pokorze i wstydzie, przyjmuję inne, określone wymienionym wcześniej prawem, konsekwencje swojego czynu.
Z poważaniem, Amireia Immerle."
Samotna świeca, otoczona stopionym woskiem, pełniła rolę pieczęci pod dokumentem. Swoim nieustraszonym trwaniem, choć pozornie prostym do zgaszenia, formowała płomienny pakt z przeznaczeniem.
Oto był początek drogi.
niedziela, 16 grudnia 2012
niedziela, 11 listopada 2012
Przytulanka
Słońce szczodrze oświetlało zapędzone Giran. Jego promienie były chyba jedynym elementem miasta, który do nikogo nie należał i którego nikt tu nie próbował sprzedać.
Przechadzała się Setria leniwie - tak jak to miała w zwyczaju - przysłuchując się pilnie dyskusjom i sprzeczkom. Może złapie robótkę jaką, nie za trudną a płatną dobrze? Och jak by chciała... Nie obfitowała w adenę odkąd wygrana w zakładzie z tym naiwnym krasnoludem rozpierzchła się gdzieś między obiadkami i nowymi sukienkami.
Tu, na rynku, handel wyprowadzano do wyżyn nieosiągalnych gdziekolwiek indziej na ziemiach cesarstwa. Zbroje całe ze złota? Żaden problem! Tunika, w którą ledwie wczoraj pocił się cesarz? Unikalna, nakład dziesięć sztuk! Przenikany w ciągu ostatnich dziesięciu lat magią lasów drewniany miecz? Tylko nie za tanio, wszak to patyk niepowtarzalny!
Pośrodku całego tego tłumu ras, intencji i zamożności wszelkich przystanęła Setria na widok matki z małym chłopcem u boku. Chłopiec płakał przejmująco, a rodzicielka jego, pani wyraźnie zamożna i do czułości niewprawiona, rozpaczliwie szukała pomocy.
- Ty tam, elfka! Szukasz pracy jakiej?
Setria podeszła żwawo, ukłoniła się i z profesjonalnym uśmiechem zapytała w czym problem. Pierwszy, w przerwach między rozpaczaniem, odezwał się dzieciak. - Mój... Mój pluszowy lis!! Porwany...!!!
- Bo widzisz. - kontynuowała zamożna pani wyraźnie ignorując wszelką możliwość traktowania Setrii jako równej sobie. - Mały bawił się przy jeziorze za bramą, aż jakiś keltir wyskoczył na niego i zabrał mu pluszaka. Odzyskasz mi go, to zapłacę. Chociaż nie wiem właściwie czemu powinnam... - tu spojrzała gniewnie na obraz smutku i żałości u jej boku.
- Oczywiście, to dla mnie żaden kłopot. Proszę tu zaczekać, powinnam wrócić dość prędko. - wyprodukowała profesjonalną formułkę i rzuciła się biegiem ku katedrze, byle dalej od ryku chłopca.
Za bramą skręciła w lewo i wspięła się na wzgórze. Dobrze pamiętała gdzie okoliczne keltiry mają swoje nory. Nie było ich wiele w tym roku, toteż problemu z odnalezieniem sprawcy być nie powinno.
Wybrała pierwszą dziurę w ziemi jaką zobaczyła u stóp wzniesienia. Zakląwszy cicho na swój parszywy los padła plackiem na trawę i, starając się być jak najciszej, wetknęła głowę w otwór. Oczy w kilka sekund dostosowały się do ciemności tak, że widziała wszystko bez żadnego problemu.
W środku, zwinięta w kłębek, leżała niemłoda samica. Obok niej, niczym mały keltirek, pluszak przeżywał najwspanialsze chwile życia - trącany delikatnie w nos, przygłaskiwany pyskiem, grzany ciepłem bliskości drugiego podobnego stworzenia. Obrazek doprawdy sielski, choć również smutnawy nieco.
Setria patrzyła tak chwilę bezmyślnie, aż przytomność umysłu stuknęła ją w głowę. Sięgnęła prędkim ruchem, złapała pluszaka i wygramoliła swój przód z norki. Keltirza samiczka wypadła za nią z czymś w rodzaju paniki, szczekając zawzięcie i strosząc sierść. Na próżno. Setria miała już w drugiej dłoni podręczną różdżkę, której kilkoma prędkimi ruchami posłała kulę ognia w pobliski krzew. Taki straszak na zwierzęta rzadko zawodził - samica dała susa spowrotem w norkę. Wystawiła tylko nos i warczała groźnie, choć bezskutecznie, za odchodzącą w dal elfką.
Zamożna pani, niecierpliwiąc się wyraźnie, stała z dzieckiem wciąż w tym samym miejscu. Na widok mrocznej mruknęła coś typowo niewesołego i zajęła się szukaniem sakiewki w torbie. Chłopiec tymczasem porwał w ramiona swoją zabawkę, przyjrzał się jej i... cisnął nią o ziemię.
- On jest wilgotny! I brudny! I dziurawy!
Jego mamusię takie zachowanie wyłącznie zirytowało.
- No co ty nie powiesz. Myślałeś, że dostaniesz nowego jak ze sklepu?
Dzieciak popatrzył bezczelnie na oniemiałą Setrię. - Ja go nie chcę!
- Ale... - wydusiła wreszcie. - ... to przecież twój lisek.
- Ja go już nie chcę!! - wydarł się i powrócił do ulubionej czynności, czyli głośnego płaczu.
Jego mamusia prychnęła i postarała się uśmiechnąć przepraszająco.
- W takim razie nie mogę ci zapłacić, sama rozumiesz.
- Ani trochę. - odparła Setria.
- Chodź. - tu mamuśka brutalnie złapała bachora za nadgarstek. - Kupię ci nowego tylko nie drzyj się już...
Poszli. Porzucony pluszak leżał sobie na bruku nie mając pojęcia zapewne co takiego się z nim właściwie dzieje. Żywa masa tłumu wyczuła chyba zwolnioną właśnie przestrzeń i zaczęła pochłanianie.
Setria kucnęła, wzięła liska na ramiona. Poczuła ukłucie w sercu.
- Lepiej ci było z mamą, co? - mruknęła mu do ucha. Dawno już nie miała do czynienia z pluszakami, a tak je przecież kiedyś uwielbiała. Kiedyś, kiedy jeszcze miała na świecie kogoś, kto kupował jej prezenty marzyła, że kiedyś nazbiera sobie takich cały zwierzyniec. A teraz? Teraz była sama, miewała spore ilości pieniędzy. Marzenia jednak nigdy nawet nie spróbowała spełnić.
Życie to chyba taka straszna poczwara, co to żywi się dziećmi, a wydala zgorzkniałych dorosłych o pustym sercu.
Nawyprzytula się w liska przez resztę dnia, a potem odniesie go do mamy.
Przechadzała się Setria leniwie - tak jak to miała w zwyczaju - przysłuchując się pilnie dyskusjom i sprzeczkom. Może złapie robótkę jaką, nie za trudną a płatną dobrze? Och jak by chciała... Nie obfitowała w adenę odkąd wygrana w zakładzie z tym naiwnym krasnoludem rozpierzchła się gdzieś między obiadkami i nowymi sukienkami.
Tu, na rynku, handel wyprowadzano do wyżyn nieosiągalnych gdziekolwiek indziej na ziemiach cesarstwa. Zbroje całe ze złota? Żaden problem! Tunika, w którą ledwie wczoraj pocił się cesarz? Unikalna, nakład dziesięć sztuk! Przenikany w ciągu ostatnich dziesięciu lat magią lasów drewniany miecz? Tylko nie za tanio, wszak to patyk niepowtarzalny!
Pośrodku całego tego tłumu ras, intencji i zamożności wszelkich przystanęła Setria na widok matki z małym chłopcem u boku. Chłopiec płakał przejmująco, a rodzicielka jego, pani wyraźnie zamożna i do czułości niewprawiona, rozpaczliwie szukała pomocy.
- Ty tam, elfka! Szukasz pracy jakiej?
Setria podeszła żwawo, ukłoniła się i z profesjonalnym uśmiechem zapytała w czym problem. Pierwszy, w przerwach między rozpaczaniem, odezwał się dzieciak. - Mój... Mój pluszowy lis!! Porwany...!!!
- Bo widzisz. - kontynuowała zamożna pani wyraźnie ignorując wszelką możliwość traktowania Setrii jako równej sobie. - Mały bawił się przy jeziorze za bramą, aż jakiś keltir wyskoczył na niego i zabrał mu pluszaka. Odzyskasz mi go, to zapłacę. Chociaż nie wiem właściwie czemu powinnam... - tu spojrzała gniewnie na obraz smutku i żałości u jej boku.
- Oczywiście, to dla mnie żaden kłopot. Proszę tu zaczekać, powinnam wrócić dość prędko. - wyprodukowała profesjonalną formułkę i rzuciła się biegiem ku katedrze, byle dalej od ryku chłopca.
Za bramą skręciła w lewo i wspięła się na wzgórze. Dobrze pamiętała gdzie okoliczne keltiry mają swoje nory. Nie było ich wiele w tym roku, toteż problemu z odnalezieniem sprawcy być nie powinno.
Wybrała pierwszą dziurę w ziemi jaką zobaczyła u stóp wzniesienia. Zakląwszy cicho na swój parszywy los padła plackiem na trawę i, starając się być jak najciszej, wetknęła głowę w otwór. Oczy w kilka sekund dostosowały się do ciemności tak, że widziała wszystko bez żadnego problemu.
W środku, zwinięta w kłębek, leżała niemłoda samica. Obok niej, niczym mały keltirek, pluszak przeżywał najwspanialsze chwile życia - trącany delikatnie w nos, przygłaskiwany pyskiem, grzany ciepłem bliskości drugiego podobnego stworzenia. Obrazek doprawdy sielski, choć również smutnawy nieco.
Setria patrzyła tak chwilę bezmyślnie, aż przytomność umysłu stuknęła ją w głowę. Sięgnęła prędkim ruchem, złapała pluszaka i wygramoliła swój przód z norki. Keltirza samiczka wypadła za nią z czymś w rodzaju paniki, szczekając zawzięcie i strosząc sierść. Na próżno. Setria miała już w drugiej dłoni podręczną różdżkę, której kilkoma prędkimi ruchami posłała kulę ognia w pobliski krzew. Taki straszak na zwierzęta rzadko zawodził - samica dała susa spowrotem w norkę. Wystawiła tylko nos i warczała groźnie, choć bezskutecznie, za odchodzącą w dal elfką.
Zamożna pani, niecierpliwiąc się wyraźnie, stała z dzieckiem wciąż w tym samym miejscu. Na widok mrocznej mruknęła coś typowo niewesołego i zajęła się szukaniem sakiewki w torbie. Chłopiec tymczasem porwał w ramiona swoją zabawkę, przyjrzał się jej i... cisnął nią o ziemię.
- On jest wilgotny! I brudny! I dziurawy!
Jego mamusię takie zachowanie wyłącznie zirytowało.
- No co ty nie powiesz. Myślałeś, że dostaniesz nowego jak ze sklepu?
Dzieciak popatrzył bezczelnie na oniemiałą Setrię. - Ja go nie chcę!
- Ale... - wydusiła wreszcie. - ... to przecież twój lisek.
- Ja go już nie chcę!! - wydarł się i powrócił do ulubionej czynności, czyli głośnego płaczu.
Jego mamusia prychnęła i postarała się uśmiechnąć przepraszająco.
- W takim razie nie mogę ci zapłacić, sama rozumiesz.
- Ani trochę. - odparła Setria.
- Chodź. - tu mamuśka brutalnie złapała bachora za nadgarstek. - Kupię ci nowego tylko nie drzyj się już...
Poszli. Porzucony pluszak leżał sobie na bruku nie mając pojęcia zapewne co takiego się z nim właściwie dzieje. Żywa masa tłumu wyczuła chyba zwolnioną właśnie przestrzeń i zaczęła pochłanianie.
Setria kucnęła, wzięła liska na ramiona. Poczuła ukłucie w sercu.
- Lepiej ci było z mamą, co? - mruknęła mu do ucha. Dawno już nie miała do czynienia z pluszakami, a tak je przecież kiedyś uwielbiała. Kiedyś, kiedy jeszcze miała na świecie kogoś, kto kupował jej prezenty marzyła, że kiedyś nazbiera sobie takich cały zwierzyniec. A teraz? Teraz była sama, miewała spore ilości pieniędzy. Marzenia jednak nigdy nawet nie spróbowała spełnić.
Życie to chyba taka straszna poczwara, co to żywi się dziećmi, a wydala zgorzkniałych dorosłych o pustym sercu.
Nawyprzytula się w liska przez resztę dnia, a potem odniesie go do mamy.
niedziela, 4 listopada 2012
Repetycje, urozmaicenia (drugie)
Gałęzie tych przeklętych
krzewów zdradzały wyraźne oznaki braku dobrego wychowania. Właziły pod spódnicę i trącały w siedzenie z podziwu godną determinacją.
Dopasowałaby może strój do warunków, w których przyszło jej pracować
gdyby nie pośpiech. Ten z kolei koniecznym nie był zapewne, ale w grę
okazała się wchodzić wcale pokaźna liczba adeńskiej produkcji monet.
Tak. Wszystko to dla pieniędzy i przez pieniądze.
Tkwiła zatem dokładnie schowana wśród krzewów okalających niewysoki budynek tkwiący dzielnie wśród murów stolicy. Czekała ją odrobinę niebezpieczna sprawa - wszak na litość cesarskiej gwardii, szczególnie tutaj, liczyć nie mogła. Ci puszkogłowi mieli kłopot z przejściem do porządku dziennego nad najprostszą nawet kradzieżą. A gdyby doszło do zabójstwa? O nie, litości nie będzie. Ciekawe tylko, czy cesarz zaakceptował istnienie samosądów w działaniach gwardii...
Ależ nie. Cesarz przecież był tym, który podarował gwardzistom oszałamiająco długą listę uprawnień.
Doczekała się wreszcie pełni nocnej pory, a z nią wraz ciekawego zjawiska. Stanął sobie tuż obok jej krzewów chłopak przystojny na tyle, by w ciemnościach nawet zauważyć się to dało. Zaświstał, zagwizdał, ubraniami poszeleścił - aż tu wyżej nieco, nad gzymsami kilkoma, na balkoniku niewielkim robłysło światło, a z nim wraz niepospolitej urody elfiątko w mroki nocy wyjrzało.
Ai nie czekała na oczywisty dalszy tok wydarzeń. Bezszelestnie niemal wyplątała się z czepiadeł. Lewa dłoń zamknęła usta chłopakowi, druga ostrzem sztyletu po gardle jego przesunęła. Drżące z zaskoczenia nad nagłą zmianą bytu w niebyt ciało zostało odepchnięte na bok, w cień, pod ścianę. A wszystko to tak, by panienka z balkoniku zauważyć nie zdołała. Do czasu, gdyż następnym co Aiyunell zrobiła był skok na gzyms najniższy, chwila nietrudnej wspinaczki, wreszcie zręczne umieszczenie siebie tuż obok dziewczęcia. Zakrwawiony wciąż sztylet umieściła na kamiennej poręczy.
- Twój ojciec daje ci go na pamiątkę i przestrogę przed próbami złamania jego woli. A teraz...
- Nie kochałam go. - blondwłosa, niebanalnej urody elfka kontrastowała pięknem oblicza z pustką swych oczu i brakiem emocji w głosie. Ai, niespecjalnie zainteresowana tutejszymi perypetiami sercowymi, przystanęła z grzeczności. - Ale jestem gotowa na wszystko, byle tylko uciec z tego domu. Pomożesz mi?
Okropne pytanie. Potencjalnych kwot pieniędzy wymieniać nie ma po co nawet, bo i ślepiec by zauważył, iż dziewczę własnych funduszy nie posiada. Na kosztowne biżuterie była jakaś szansa, ale to z kolei nie tak łatwo na adeny potem rozmienić. Może sukienki jakie na walutę by się nadały...?
- Dlaczego ja właśnie? - odopwiedziała pytaniem, nie mając lepszego pomysłu.
Elfka uniosła ściskaną w dłoni parafinową lampkę w górę.
- Masz oczy podobne do moich. Takie smutne.
Aiyunell zmroziło na chwilę krótką, ale zaraz potem odwróciła się i przełożyła nogi przez poręcz.
- Ktoś z takimi oczami nie potrafi pomóc sobie. Trudno się spodziewać by pomóc komuś potrafił. - powiedziała zmęczonym głosem i zeskoczyła. Świeżo zarobione adeny (płatne z góry!) brzęknęły w torbie gdy lądowała. Miała jednak zbyt popsuty humor na zachwycanie się ich obecnością. Zniknęła pospiesznie w najbliższym cieniu - byle dalej od tego miejsca, od gwardii, od arystokratów trzymających pod kluczem swoje córki, od kolejnego do kolekcji zabójstwa za pieniądze...
Zupełnie jakby od zasłyszanych słów dało się uciec.
Tak. Wszystko to dla pieniędzy i przez pieniądze.
Tkwiła zatem dokładnie schowana wśród krzewów okalających niewysoki budynek tkwiący dzielnie wśród murów stolicy. Czekała ją odrobinę niebezpieczna sprawa - wszak na litość cesarskiej gwardii, szczególnie tutaj, liczyć nie mogła. Ci puszkogłowi mieli kłopot z przejściem do porządku dziennego nad najprostszą nawet kradzieżą. A gdyby doszło do zabójstwa? O nie, litości nie będzie. Ciekawe tylko, czy cesarz zaakceptował istnienie samosądów w działaniach gwardii...
Ależ nie. Cesarz przecież był tym, który podarował gwardzistom oszałamiająco długą listę uprawnień.
Doczekała się wreszcie pełni nocnej pory, a z nią wraz ciekawego zjawiska. Stanął sobie tuż obok jej krzewów chłopak przystojny na tyle, by w ciemnościach nawet zauważyć się to dało. Zaświstał, zagwizdał, ubraniami poszeleścił - aż tu wyżej nieco, nad gzymsami kilkoma, na balkoniku niewielkim robłysło światło, a z nim wraz niepospolitej urody elfiątko w mroki nocy wyjrzało.
Ai nie czekała na oczywisty dalszy tok wydarzeń. Bezszelestnie niemal wyplątała się z czepiadeł. Lewa dłoń zamknęła usta chłopakowi, druga ostrzem sztyletu po gardle jego przesunęła. Drżące z zaskoczenia nad nagłą zmianą bytu w niebyt ciało zostało odepchnięte na bok, w cień, pod ścianę. A wszystko to tak, by panienka z balkoniku zauważyć nie zdołała. Do czasu, gdyż następnym co Aiyunell zrobiła był skok na gzyms najniższy, chwila nietrudnej wspinaczki, wreszcie zręczne umieszczenie siebie tuż obok dziewczęcia. Zakrwawiony wciąż sztylet umieściła na kamiennej poręczy.
- Twój ojciec daje ci go na pamiątkę i przestrogę przed próbami złamania jego woli. A teraz...
- Nie kochałam go. - blondwłosa, niebanalnej urody elfka kontrastowała pięknem oblicza z pustką swych oczu i brakiem emocji w głosie. Ai, niespecjalnie zainteresowana tutejszymi perypetiami sercowymi, przystanęła z grzeczności. - Ale jestem gotowa na wszystko, byle tylko uciec z tego domu. Pomożesz mi?
Okropne pytanie. Potencjalnych kwot pieniędzy wymieniać nie ma po co nawet, bo i ślepiec by zauważył, iż dziewczę własnych funduszy nie posiada. Na kosztowne biżuterie była jakaś szansa, ale to z kolei nie tak łatwo na adeny potem rozmienić. Może sukienki jakie na walutę by się nadały...?
- Dlaczego ja właśnie? - odopwiedziała pytaniem, nie mając lepszego pomysłu.
Elfka uniosła ściskaną w dłoni parafinową lampkę w górę.
- Masz oczy podobne do moich. Takie smutne.
Aiyunell zmroziło na chwilę krótką, ale zaraz potem odwróciła się i przełożyła nogi przez poręcz.
- Ktoś z takimi oczami nie potrafi pomóc sobie. Trudno się spodziewać by pomóc komuś potrafił. - powiedziała zmęczonym głosem i zeskoczyła. Świeżo zarobione adeny (płatne z góry!) brzęknęły w torbie gdy lądowała. Miała jednak zbyt popsuty humor na zachwycanie się ich obecnością. Zniknęła pospiesznie w najbliższym cieniu - byle dalej od tego miejsca, od gwardii, od arystokratów trzymających pod kluczem swoje córki, od kolejnego do kolekcji zabójstwa za pieniądze...
Zupełnie jakby od zasłyszanych słów dało się uciec.
niedziela, 21 października 2012
O tym, co lśni
Miecze lśnią. Zbroje lśnią. Ten blask właśnie stanowi o ich majestacie i potędze. Przeklęty kto blask krwią zakryje, kto miecz w brudzie unurza. Stal ta cała nie do walki służy, nie do obrony. Nie po to jest rycerstwo, by starciami bolesnymi majestat swój kalać. Nie po to zdobienia drogocenne, klejnoty wyszukane zdobią hełmy, napierśniki, rękojeści. Dla piękna jest rycerstwo, dla spojrzeń dzieci podnieconych, niewiast skrywanych westchnień, wzniosłej pamięci starszych. Dla niesienia ciałami swymi promieni Słońca, by blaskiem światłość Cesarza i cesarstwa szerzyć.
- Kto więc walczyć ma? - zapytała ponad wycelowanym w jej gardło ostrzem, świdrując wzrokiem twarz Kapitana Straży Stolicy Cesarstwa Świętego Aden, Sternga von Palliantre. Klęczała w pełnej zbroi na środku rynku, trzymając za plecami młodego chłopaka, powód całego zamieszania. Miecz jej dalej leżał, wytrącony z uścisku. Rozcięcie pod okiem właśnie rozpędzało się w bólu.
- Od wojen jest wojsko panno Ilmare. A kiedy wojsko walczy ktoś inny musi dbać o obywateli, zapewniać poczucie bezpieczeństwa. - pogardliwy uśmiech rozszerzył jego i tak nazbyt szerokie usta. - Oczywiście ty nie masz pojęcia o takich subtelnościach. Nie każdy ma odpowiednie pochodzenie, by zostać rycerzem.
Otworzyła szerzej oczy. Nie wzburzała się w niej krew, okrzyki nie cisnęły na gardło. Serce jedynie zapamiętywało każdy raz, kiedy ktokolwiek śmiał obrazić rodzinę Ilmare. Ten człowiek więc, ironicznie, dość często gościł w jej sercu.
Odsunął ostrze, wyraźnie pełen satysfakcji z rezultatu tej małej sprzeczki. Wystarczającym już upokorzeniem była konieczność dobywania miecza dla tej niesfornej pannicy, co to ma czelność sięgać po rycerskie zaszczyty. Tolerował ją jedynie przez okazywaną wciąż naiwną pracowitość. Któż nie lubił gdy biegała z dokumentami, pilnowała terminów, załatwiała wszelkie irytujące formalności? Dobrze było mieć służącą tylko dla siebie.
Amireia wstała. Nie było wyrazu w jej pustym spojrzeniu. Nawet iskra wahania czy też innych emocji nie dała się poznać po idealnie wyuczonych ruchach, gdy ukłoniła się kapitanowi dziękując za pouczenie - zgodnie z tradycją. Podeszła do swego miecza, podniosła go i zatknęła u pasa. Nikły uśmiech przemknął jej przez oblicze, gdy przystanęła obok dzieciaka, któremu miała wcześniej nadzieję rozweselić popołudnie.
- Nie masz co szukać tutaj pomocy. Rycerstwo nie istnieje by walczyć o spokój - ani twoich rodziców, ani kogokolwiek innego. Nie kalaj więcej majestatu straży cesarskiej swoimi zachciankami.
Szlifowane na treningach słowa wylały się z łatwością. Dopełniła obowiązków, zachowała się jak przystało na Obrończynię Cesarskiego Blasku. A kiedy skierowała kroki do kwater wiedziała już co zamierza zrobić ze swoim życiem w najbliższej przyszłości.
- Kto więc walczyć ma? - zapytała ponad wycelowanym w jej gardło ostrzem, świdrując wzrokiem twarz Kapitana Straży Stolicy Cesarstwa Świętego Aden, Sternga von Palliantre. Klęczała w pełnej zbroi na środku rynku, trzymając za plecami młodego chłopaka, powód całego zamieszania. Miecz jej dalej leżał, wytrącony z uścisku. Rozcięcie pod okiem właśnie rozpędzało się w bólu.
- Od wojen jest wojsko panno Ilmare. A kiedy wojsko walczy ktoś inny musi dbać o obywateli, zapewniać poczucie bezpieczeństwa. - pogardliwy uśmiech rozszerzył jego i tak nazbyt szerokie usta. - Oczywiście ty nie masz pojęcia o takich subtelnościach. Nie każdy ma odpowiednie pochodzenie, by zostać rycerzem.
Otworzyła szerzej oczy. Nie wzburzała się w niej krew, okrzyki nie cisnęły na gardło. Serce jedynie zapamiętywało każdy raz, kiedy ktokolwiek śmiał obrazić rodzinę Ilmare. Ten człowiek więc, ironicznie, dość często gościł w jej sercu.
Odsunął ostrze, wyraźnie pełen satysfakcji z rezultatu tej małej sprzeczki. Wystarczającym już upokorzeniem była konieczność dobywania miecza dla tej niesfornej pannicy, co to ma czelność sięgać po rycerskie zaszczyty. Tolerował ją jedynie przez okazywaną wciąż naiwną pracowitość. Któż nie lubił gdy biegała z dokumentami, pilnowała terminów, załatwiała wszelkie irytujące formalności? Dobrze było mieć służącą tylko dla siebie.
Amireia wstała. Nie było wyrazu w jej pustym spojrzeniu. Nawet iskra wahania czy też innych emocji nie dała się poznać po idealnie wyuczonych ruchach, gdy ukłoniła się kapitanowi dziękując za pouczenie - zgodnie z tradycją. Podeszła do swego miecza, podniosła go i zatknęła u pasa. Nikły uśmiech przemknął jej przez oblicze, gdy przystanęła obok dzieciaka, któremu miała wcześniej nadzieję rozweselić popołudnie.
- Nie masz co szukać tutaj pomocy. Rycerstwo nie istnieje by walczyć o spokój - ani twoich rodziców, ani kogokolwiek innego. Nie kalaj więcej majestatu straży cesarskiej swoimi zachciankami.
Szlifowane na treningach słowa wylały się z łatwością. Dopełniła obowiązków, zachowała się jak przystało na Obrończynię Cesarskiego Blasku. A kiedy skierowała kroki do kwater wiedziała już co zamierza zrobić ze swoim życiem w najbliższej przyszłości.
Repetycje, urozmaicenia (pierwsze)
Nie bardzo lubiła
Florańskie okolice. Za dużo tam pól, łąk i ogrodów, niewiele za to
drzew, skał i budynków. Jak żyć tak można na otwartej przestrzeni, bez
osłony żadnej czy schronienia chociażby?
Aiyunell uporczywie trzymała się okolicy tego czegoś, co łaskawie można nazwać rynkiem otoczonym tym czymś, co z braku alternatyw określano budowlami. Nie miała wyjścia właściwie i musiała tu przybyć. Zlecenie to zlecenie, a dobrych klientów na tym świecie coraz to mniej się być zdaje.
Spośród wielu swoich zawodowych spostrzeżeń poczyniła jedno, które wyjątkowo ciekawym się wydało. Ludzie im bardziej oddani są jakiemuś zajęciu, które w finale ma im przynieść dochód, tym bardziej nie mają czasu na inne cokolwiek. Chętnie więc zużyją zdobywany właśnie (lub ostatnio zdobyty) pieniądz na wynajęcie kogoś do tych prac przeróżnych, na które wolnych chwil im nie starcza. Fascynujące to błędne i sensu pozbawione koło toczyło się bez ustanku, a dla kogoś takiego jak Aiyunell wykrzykiwało jeszcze słowami 'łatwy zarobek!'.
Tacy właśnie byli mieszkańcy Floran, choć efekt wspomniany na ludziach najmocniej zaobserwować się daje. Elfy przecież mają aż za wiele przeklętego czasu. Takiego na wszystko.
Tak więc na ludziach z Floran dało się i prosto i szybko wcale znacznie wzbogacić.
Aiyunell zatem cumowała łódki, co uciekły zbytnio od brzegu. Ratowała przeróżne stworzonka, co z właściwą sobie tendencją właziły gdzie nie trzeba (zazwyczaj na drzewa) i rozpaczały potem same do powrotu niezdolne. Odchwaszczała ogrody i orała pola. Zrywała owoce i rąbała drewno. Dawała lokalnym ochotnikom-na-strażników rady, urządzając też często pokazy praktycznego wypleniania okolicznych namolnych maszkaronów. Zupełnie pracowicie spędziła pobyt we Floran. Wcale przyjemnie pobrzękiwało w torbie kilka dodatkowych setek niewielkich monet.
Wreszcie wracać już miała. Za dwa dni targowisko Diońskie, a takiego wydarzenia naprawdę nie wypada przegapić. No i może by coś zjadła...
Wzrok jej przykuło kilka prostych drewnianych skrzynek wprost na ziemi ustawionych, a pełnych ładnych i krągłych lokalnych odmian jabłek. Siedzący tuż obok wieśniak wyraźnie skuteczniejszy był w nocnych zabawach niż w handlu owocami. A że zbliżało się parne, właściwe porze suchej popołudnie, drzemał w najlepsze losy swoje i towaru losowi oddając. Dla Ai była to ofiara idealna.
Lubiła potrenować sobie czasami. Nie powinna wychodzić z wprawy. W końcu nie zajmuje się w życiu tylko pól oraniem.
Wyłuskała z torby cztery monety - równowartość dwóch skrzyń pełnych najdorodniejszych okazów. Jeśli się jej uda będzie to wieśniaka szczęśliwy dzień. Jeśli się jej uda zaliczy w końcu czwarty stopień trudności (bo im monet więcej tym bardziej brzęczeć będą i tym trudniej bezgłośnymi idzie je uczynić).
Ruszyła dalej niemal swobodnym krokiem, starając się nie wytwarzać najdrobniejszego choćby szmeru. Zatrzymała się ćwierć kroku od śpiącego, nachyliła powoli i zwinnym chwytem porwała dwa upatrzone jabłka ze skrzynki na wierzchu. Teraz była część trudniejsza. Ściśnięte ze sobą stalowe blaszki wsunęła człowiekowi na rozwartą dłoń i, wstrzymując oddech, rozsunęła nieco, by pewniej leżały. Pewna zwycięstwa wyprostowała się z wolna i już odejść miała...
- Chchcrrchrchnmffnomoccoo...? - usłyszała tuż przed tym, jak metaliczny brzęk oznajmił klęskę, a ćwierćprzytomny wieśniak wbił w nią swój natarczywy wzrok. Cóż... chyba nie ma innego wyjścia.
Płynnym ruchem odsunęła z twarzy chustę i posłała mu szeroki, szalony uśmiech, jakże skutecznie dopełniony po lewej stronie efektem specjalnym. - Kazano mi Cię zabić. - wycedziła głosem ociekającym chorą rozkoszą i... już biedaka nie było. Musiała chyba dość dobrze wypaść w roli pijackiej mary, bo, jak się zdaje, biegł nawet szybciej niż ona potrafi.
Cóż. Zgarnęła z ziemi pechowe monety, jedno z jabłek wpakowała do torby, a drugim postanowiła najeść się aż do jutra.
Aiyunell uporczywie trzymała się okolicy tego czegoś, co łaskawie można nazwać rynkiem otoczonym tym czymś, co z braku alternatyw określano budowlami. Nie miała wyjścia właściwie i musiała tu przybyć. Zlecenie to zlecenie, a dobrych klientów na tym świecie coraz to mniej się być zdaje.
Spośród wielu swoich zawodowych spostrzeżeń poczyniła jedno, które wyjątkowo ciekawym się wydało. Ludzie im bardziej oddani są jakiemuś zajęciu, które w finale ma im przynieść dochód, tym bardziej nie mają czasu na inne cokolwiek. Chętnie więc zużyją zdobywany właśnie (lub ostatnio zdobyty) pieniądz na wynajęcie kogoś do tych prac przeróżnych, na które wolnych chwil im nie starcza. Fascynujące to błędne i sensu pozbawione koło toczyło się bez ustanku, a dla kogoś takiego jak Aiyunell wykrzykiwało jeszcze słowami 'łatwy zarobek!'.
Tacy właśnie byli mieszkańcy Floran, choć efekt wspomniany na ludziach najmocniej zaobserwować się daje. Elfy przecież mają aż za wiele przeklętego czasu. Takiego na wszystko.
Tak więc na ludziach z Floran dało się i prosto i szybko wcale znacznie wzbogacić.
Aiyunell zatem cumowała łódki, co uciekły zbytnio od brzegu. Ratowała przeróżne stworzonka, co z właściwą sobie tendencją właziły gdzie nie trzeba (zazwyczaj na drzewa) i rozpaczały potem same do powrotu niezdolne. Odchwaszczała ogrody i orała pola. Zrywała owoce i rąbała drewno. Dawała lokalnym ochotnikom-na-strażników rady, urządzając też często pokazy praktycznego wypleniania okolicznych namolnych maszkaronów. Zupełnie pracowicie spędziła pobyt we Floran. Wcale przyjemnie pobrzękiwało w torbie kilka dodatkowych setek niewielkich monet.
Wreszcie wracać już miała. Za dwa dni targowisko Diońskie, a takiego wydarzenia naprawdę nie wypada przegapić. No i może by coś zjadła...
Wzrok jej przykuło kilka prostych drewnianych skrzynek wprost na ziemi ustawionych, a pełnych ładnych i krągłych lokalnych odmian jabłek. Siedzący tuż obok wieśniak wyraźnie skuteczniejszy był w nocnych zabawach niż w handlu owocami. A że zbliżało się parne, właściwe porze suchej popołudnie, drzemał w najlepsze losy swoje i towaru losowi oddając. Dla Ai była to ofiara idealna.
Lubiła potrenować sobie czasami. Nie powinna wychodzić z wprawy. W końcu nie zajmuje się w życiu tylko pól oraniem.
Wyłuskała z torby cztery monety - równowartość dwóch skrzyń pełnych najdorodniejszych okazów. Jeśli się jej uda będzie to wieśniaka szczęśliwy dzień. Jeśli się jej uda zaliczy w końcu czwarty stopień trudności (bo im monet więcej tym bardziej brzęczeć będą i tym trudniej bezgłośnymi idzie je uczynić).
Ruszyła dalej niemal swobodnym krokiem, starając się nie wytwarzać najdrobniejszego choćby szmeru. Zatrzymała się ćwierć kroku od śpiącego, nachyliła powoli i zwinnym chwytem porwała dwa upatrzone jabłka ze skrzynki na wierzchu. Teraz była część trudniejsza. Ściśnięte ze sobą stalowe blaszki wsunęła człowiekowi na rozwartą dłoń i, wstrzymując oddech, rozsunęła nieco, by pewniej leżały. Pewna zwycięstwa wyprostowała się z wolna i już odejść miała...
- Chchcrrchrchnmffnomoccoo...? - usłyszała tuż przed tym, jak metaliczny brzęk oznajmił klęskę, a ćwierćprzytomny wieśniak wbił w nią swój natarczywy wzrok. Cóż... chyba nie ma innego wyjścia.
Płynnym ruchem odsunęła z twarzy chustę i posłała mu szeroki, szalony uśmiech, jakże skutecznie dopełniony po lewej stronie efektem specjalnym. - Kazano mi Cię zabić. - wycedziła głosem ociekającym chorą rozkoszą i... już biedaka nie było. Musiała chyba dość dobrze wypaść w roli pijackiej mary, bo, jak się zdaje, biegł nawet szybciej niż ona potrafi.
Cóż. Zgarnęła z ziemi pechowe monety, jedno z jabłek wpakowała do torby, a drugim postanowiła najeść się aż do jutra.
niedziela, 26 sierpnia 2012
Sztywny Pal
Słaniała się Setria między krzesłem a ścianą i próbowała uniknąć zsunięcia na podłogę. Nie była pijana, o nie! Zwyczajnie niewyspana, głodna i odurzona oparami tego miejsca była nasza elfka. Ostatnie kilkadziesiąt aden wydała na wizytę u - z braku lepszych określeń - fryzjera ("Jakież urodziwe z panienki stworzenie! Zaraz sprawimy piękny warkocz coby kobiecości dodać..." - tu nastąpiło zuchwałe i przypadkowe "ciach!" - "...A wie panienka? Ostatnio chłopięce fryzury robią furorę wśród chcących nosić się modnie panien!"). Pozytywne perspektywy jakoś nie miały ochoty zawitać w jej widnokręgu. Zamiast tego widziała takie zaokrąglone i puszczalskie. Takie to mają proste życie...
Łoskotnęło coś nagle na krzesło tuż obok, plasnęło na stolik, lecz zasłużyło sobie na skupienie uwagi dopiero podzwaniającym złotem, lądującym przed nią w sposób, trzeba to przyznać, oryginalny. W kuflu. Gdzieś za i ponad oparem pieniędzy rozpoznać się dało wąsatobrodatego, korpulentnego jegomościa o wzroście i spojrzeniu granitowo zdecydowanego na coś głazu. Krasnolud chrząknął dobitnie, pomruczał coś gardłowo i siłą woli zapewne rozkruszył kamienne rysy twarzy unosząc ciężkie od tłuszczu, potu i skraplających się karczmianych oparów wokółustne owłosienie. To znaczy uśmiechnął się.
- Znowu ty... - jęknęła Setria przenosząc się na stolik łokciami, podpierając sobie brodę tuż nad złocistym ugaszaczem jej pragnień. - Co masz dzisiaj nowego?
- HA! - zakrzyknął osobnik z entuzjazmem tak niezdrowym, że aż kilku mętów z odmętów pomieszczenia syknęło groźnie, że im się nurzanie w alkoholowym mroku przerywa. - Nic to nowego. - dodał krasnolud cichszym już znacznie tonem - Receptura to stara z dziada pradziada i dziada jego dziada. Ino żem nie próbował ichniej wcześniej bo to morderca straszliwy. Zwano to kiedyś Sztywny Pal Eutanazji, bo po wypiciu paroliż jaki wstempował i dobijać było trza z litości.
- Ach tak... - szczerze zainteresowała się nasza bohaterka, unosząc w górę brew.
- Żem się naraził rodzinie mej i wiela oszczędności wydał! Szansa przede mnom coby zostać produktorem najmocniejszego trunku znanego świata! Jeśli tylko panienkę ruszy... - przyszły właściciel niemałej fortuny zamilkł i pogładził w zaaferowaniu brodę wlepiając obłędne nadzieją spojrzenie w zaspaną elfkę.
Zaspana elfka westchnęła. Miewała czasami wyrzuty sumienia, ale tylko czasami, króciutkie, na szczęście nie mające wpływu na efekt końcowy.
- Dawaj. - stwierdziła sucho. Natychmiast prawie wylądowała przed nią flaszeczka brunatnej substancji, która po odkorkowaniu wypuściła z siebie radośnie strużkę dymu. - I przynieś mi wody. - dodała widząc, że to któryś z tych siarkopodobnych wyrobów. Przełknęła ślinę, wlała w siebie zawartość naczynia i zamknęła oczy.
Solidny dreszcz przeorał jej całe ciało, a skóra nie przykryta akurat ubraniem wypuściła bardzo wyraźny obłoczek pary. Miała Setria wrażenie, że coś w niej eksplodowało, zamieniając żołądek w magmową skałę. Zachrypiałym głosem godnym najstarszych orczych szamanów poprosiła o tę cholerną wodę. Picie bolało jak diabli, ale bez tego mogło być znacznie gorzej. Zawsze podziwiała swoje zdolności do regeneracji, ale lepiej nie kusić losu.
Przyjrzała się otoczeniu. Świat nie falował, nie wirował. Nie chciało się jej śmiać ani tańczyć nago na stole. Nadal była przeraźliwie trzeźwa. Szlag by to...
- Muszę przyznać, że to jeden z najmocniejszych. Pozwala zupełnie na nowo odkryć swoje wnętrzności. - starała się pocieszyć zawiedzionego, ogołoconego z pieniędzy brodacza. Zawartość kufla zręcznie zgarnęła do swojej wysłużonej sakiewki. Już miała odejść, kiedy pojawił się pomysł. - Ale! Nie poddawaj się tak łatwo. - klepnęła bankruta po ramieniu i wskazała brodą okolicę. - Widzisz te tam kobiety z biustem na wierzchu i siedzeniem rozkołysanym lepiej niż łajba w trakcie sztormu? Idź do nich z kolejną buteleczką i zareklamuj ją jako Sztywny Pal Nagłej Okazji. Omiń tylko część o dobijaniu z litości. No i wymyśl dobrą cenę.
Jak powiedziała tak zrobił. Efektów pomysłu już jednakże nie widziała. Właśnie zaczynało robić się jej niedobrze...
Łoskotnęło coś nagle na krzesło tuż obok, plasnęło na stolik, lecz zasłużyło sobie na skupienie uwagi dopiero podzwaniającym złotem, lądującym przed nią w sposób, trzeba to przyznać, oryginalny. W kuflu. Gdzieś za i ponad oparem pieniędzy rozpoznać się dało wąsatobrodatego, korpulentnego jegomościa o wzroście i spojrzeniu granitowo zdecydowanego na coś głazu. Krasnolud chrząknął dobitnie, pomruczał coś gardłowo i siłą woli zapewne rozkruszył kamienne rysy twarzy unosząc ciężkie od tłuszczu, potu i skraplających się karczmianych oparów wokółustne owłosienie. To znaczy uśmiechnął się.
- Znowu ty... - jęknęła Setria przenosząc się na stolik łokciami, podpierając sobie brodę tuż nad złocistym ugaszaczem jej pragnień. - Co masz dzisiaj nowego?
- HA! - zakrzyknął osobnik z entuzjazmem tak niezdrowym, że aż kilku mętów z odmętów pomieszczenia syknęło groźnie, że im się nurzanie w alkoholowym mroku przerywa. - Nic to nowego. - dodał krasnolud cichszym już znacznie tonem - Receptura to stara z dziada pradziada i dziada jego dziada. Ino żem nie próbował ichniej wcześniej bo to morderca straszliwy. Zwano to kiedyś Sztywny Pal Eutanazji, bo po wypiciu paroliż jaki wstempował i dobijać było trza z litości.
- Ach tak... - szczerze zainteresowała się nasza bohaterka, unosząc w górę brew.
- Żem się naraził rodzinie mej i wiela oszczędności wydał! Szansa przede mnom coby zostać produktorem najmocniejszego trunku znanego świata! Jeśli tylko panienkę ruszy... - przyszły właściciel niemałej fortuny zamilkł i pogładził w zaaferowaniu brodę wlepiając obłędne nadzieją spojrzenie w zaspaną elfkę.
Zaspana elfka westchnęła. Miewała czasami wyrzuty sumienia, ale tylko czasami, króciutkie, na szczęście nie mające wpływu na efekt końcowy.
- Dawaj. - stwierdziła sucho. Natychmiast prawie wylądowała przed nią flaszeczka brunatnej substancji, która po odkorkowaniu wypuściła z siebie radośnie strużkę dymu. - I przynieś mi wody. - dodała widząc, że to któryś z tych siarkopodobnych wyrobów. Przełknęła ślinę, wlała w siebie zawartość naczynia i zamknęła oczy.
Solidny dreszcz przeorał jej całe ciało, a skóra nie przykryta akurat ubraniem wypuściła bardzo wyraźny obłoczek pary. Miała Setria wrażenie, że coś w niej eksplodowało, zamieniając żołądek w magmową skałę. Zachrypiałym głosem godnym najstarszych orczych szamanów poprosiła o tę cholerną wodę. Picie bolało jak diabli, ale bez tego mogło być znacznie gorzej. Zawsze podziwiała swoje zdolności do regeneracji, ale lepiej nie kusić losu.
Przyjrzała się otoczeniu. Świat nie falował, nie wirował. Nie chciało się jej śmiać ani tańczyć nago na stole. Nadal była przeraźliwie trzeźwa. Szlag by to...
- Muszę przyznać, że to jeden z najmocniejszych. Pozwala zupełnie na nowo odkryć swoje wnętrzności. - starała się pocieszyć zawiedzionego, ogołoconego z pieniędzy brodacza. Zawartość kufla zręcznie zgarnęła do swojej wysłużonej sakiewki. Już miała odejść, kiedy pojawił się pomysł. - Ale! Nie poddawaj się tak łatwo. - klepnęła bankruta po ramieniu i wskazała brodą okolicę. - Widzisz te tam kobiety z biustem na wierzchu i siedzeniem rozkołysanym lepiej niż łajba w trakcie sztormu? Idź do nich z kolejną buteleczką i zareklamuj ją jako Sztywny Pal Nagłej Okazji. Omiń tylko część o dobijaniu z litości. No i wymyśl dobrą cenę.
Jak powiedziała tak zrobił. Efektów pomysłu już jednakże nie widziała. Właśnie zaczynało robić się jej niedobrze...
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)